Błogosławiony jesteś Panie, Boże nasz, błogosławiony i godzien uwielbienia

19.wrz.2010

Chcąc dotrzeć do tego, co najważniejsze, muszę najpierw wyjaśnić coś innego. Zacznę więc od początku. Mam na imię Marta. 14 lipca 2009r. w Kościele p.w. M.B.Częstochowskiej na Bachledówce koło Zakopanego, powierzyłam Jezusowi, przez Serce Najświętszej Matki, mojego 16-letniego syna Pawła (na jego własną prośbę), wcześniej wymadlając mu, przez wstawiennictwo Maryi Królowej Różańca Świętego, Oblubienicy Ducha Świętego łaskę kierownictwa Ducha Świętego na całe jego życie.

O spotkaniach modlitewnych organizowanych w Czatachowie, dowiedziałam się od mojej kuzynki Tereni, jeżdżącej tam od dawna. Po raz pierwszy wybraliśmy się tam z synem w uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny (15.08.09r.). We wrześniu pojechałam znowu na spotkanie. Bardzo przylgnęłam do tego miejsca, do Jezusa ukrytego – w skromnej a tak przyciągającej wzrok – monstrancji i do modlitwy Koronki do Miłosierdzia Bożego. Kiedy o. Daniel ogłosił, że będą odbywać się spotkania tylko dla młodych, poczułam, że dzieje się coś wielkiego. Błagałam Jezusa, żeby pozwolił mi zawieźć tam moje dziecko i tak też się stało. 10 października znowu byliśmy gośćmi w Pustelni p.w. Ducha Św. Nadszedł czas modlitwy wstawienniczej. Nie chciałam zajmować miejsca ludziom młodym, przecież to spotkanie było przede wszystkim dla nich, ale podczas modlitwy poczułam ogromną potrzebę, żeby Jezus mnie dotknął. Pomyślałam: „Panie, ja też jestem Twoim dzieckiem, choć trochę bardziej wyrośniętym i potrzebuję Twojej pomocy”. Ustawiłam się w kolejce do ojca Daniela.

26 sierpnia 2009r. miałam operację w Centrum Onkologii na Ursynowie w Warszawie. Amputowano mi lewą pierś i wycięto dużą część węzłów chłonnych zajętych przez raka, który miał charakter złośliwy. Teraz czekała mnie chemioterapia, potem naświetlenia i hormonoterapia.

Podeszłam do o. Daniela, prosząc Jezusa, przez jego wstawiennictwo, o dar uzdrowienia z choroby. Usłyszałam od o. Daniela, że Jezus prowadzi małą 4-letnią dziewczynkę. Tą dziewczynką jestem ja. Żebym się nie bała, bo On jest blisko, coraz bliżej mnie, trzyma mnie mocno za rękę i uzdrawia głębokie zranienie z dzieciństwa. Zaczęłam szlochać i dziękować Bogu za wielką łaskę. Co prawda nie usłyszałam nic o uzdrowieniu z raka, ale myśl o zdjęciu ze mnie balastu przygniatającego do ziemi moją duszę, ucieszyła mnie dużo bardziej. Poczułam się szczęśliwa i nawet fizycznie lżejsza. Czas nieubłaganie płynął, zrobiło się bardzo późno. Ojciec przeprosił pozostałe osoby i obiecał im modlitwę w pierwszej kolejności przy kolejnym spotkaniu. Spotkanie młodych dobiegło końca. Zorientowałam się, że syn był w grupie osób, których o. Daniel nie zdążył przemodlić. Znalazłam się w niezręcznej sytuacji. Nie chciałam „dobijać” biednego, zmęczonego Ojca, ale zdeterminowana poprosiłam o krótkie błogosławieństwo dla syna, bo przecież to, przede wszystkim, jego tutaj przywiozłam. Usprawiedliwiałam prośbę i moje nietaktowne zachowanie tym, że prawdopodobnie już nie zdołam syna przywieźć, bo wkrótce zaczynam chemioterapię, a on potrzebuje umocnienia przez Jezusa na czas mojej choroby. Ojciec pobłogosławił Pawła, pytał skąd jesteśmy, następnie i mnie udzielił błogosławieństwa na czas leczenia chemią. Odchodząc zapytał jak mam na imię. Zaskoczona odparłam, że Marta.

Po powrocie do domu nie mogłam zasnąć. Prosiłam Boga w sercu, żeby jakoś domknął łagodnie cały ten – pełen cudownych zdarzeń – dzień. Otworzyłam Biblię. Czasami to robię, choć tylko w wyjątkowych sytuacjach i wybuchłam radosnym śmiechem. Czarno na białym było napisane Księga Daniela. No tak, pomyślałam, o. Daniel naprawdę się mną zaopiekował. Przeczytałam uważnie Pieśń Azariasza, Pieśń Trzech Młodzieńców, upewniłam się, że wszystko Bóg trzyma w swych dłoniach i nad wszystkim czuwa. Jeśli będę mocno trwać przy Jezusie, to choćbym przechadzała się po samym dnie piekła, to wyjdę z niego nietknięta i ….zasnęłam.

Bóg, w niezmierzonym swoim Miłosierdziu, zrządził, że przenosząc moje leczenie z Warszawy do Krakowa, terminy chemioterapii zostały nieco przesunięte. Skorzystałam z okazji i natychmiast wsiadłam z synem w samochód i kolejny raz uczestniczyliśmy w spotkaniu. Zaraz potem pojechaliśmy do Czatachowy na niedzielną Eucharystię, po której była Adoracja Najświętszego Sakramentu i wiele łask spłynęło na nas z Nieba, a Paweł przystąpił do spowiedzi św. u o. Daniela.

Nadszedł wreszcie 28 listopada i moja pierwsza chemia. Podawano mi ją w 7 kroplówkach przez 5 godzin. Trudna, biało–czerwona chemia. Po powrocie do domu poczułam się fatalnie. Zaczęły się dreszcze, torsje, ból – jak to przy chemii. Tak trwało do rana. Przez cały ten czas prosiłam Jezusa, by trzymał mnie mocno za rękę i nie wypuszczał pod żadnym pozorem. Ofiarowałam swoje cierpienie za tych, którzy przez grzech odchodzą od Kościoła św., sprawiając Jezusowi ogromny ból (to intencja, o którą prosił mnie Jezus po operacji). Nie narzekałam, tylko starałam się modlić. Zaczęłam odmawiać różaniec, ale po chwili w mojej głowie usłyszałam bardzo wyraźnie delikatny głos o. Daniela. Śpiewał Koronkę do Miłosierdzia Bożego. Prowadził tę modlitwę, a ja śpiewając z nim, kończyłam kolejne wersy. I tak czuwając na modlitwie, przerywanej kolejnymi atakami trucizny wpuszczonej mi w krew, trwaliśmy razem aż do rana. Gdy zamykałam oczy, miałam przed sobą obraz o. Daniela klęczącego przed Jezusem wystawionym w niewielkiej czatachowskiej monstrancji. Rano świat wyglądał już przyjaźniej, a potem całkiem znośnie i coraz, coraz lepiej.

Dzięki, o Panie, dzięki! Początek drogi za mną! Dziękuję Ci, Ojcze Niebieski, za każdą przyjętą przez Ciebie modlitwę zanoszoną w intencji mojego uzdrowienia. Po trzykroć chwała, cześć i uwielbienie Tobie, Boże Ojcze, Boży Synu i Duchu Święty za Twoją niezmienną naturę; wciąż tą samą Boską Miłość i Moc, z której możemy bez końca czerpać. Uwielbiony bądź Jezu, w Ojcu Danielu, przez którego wybranie i namaszczenie posyłasz nam swego Ducha, uczysz pokory i podnosisz z upadków. Dziękuję także Ojcu Danielowi za towarzyszenie mi wsparciem modlitewnym w chwilach bardzo ciężkich i za jego bezgraniczne oddanie się w słodkie jarzmo Chrystusa i służbie bliźniemu.

Chwała Panu!

Marta z synem Pawłem

/Miechów, 16.11.09r. – w święto N.M.P. Ostrobramskiej/